
Dzieciństwo
Z piłkarskiego dzieciństwa pamiętam przede wszystkim, jak wspólnie
z tatą i braćmi o czwartej rano oglądaliśmy mistrzostwa świata w
Meksyku w 1986 roku. To było dla mnie duże wydarzenie – patrzyłem z
zachwytem na tych wszystkich wspaniałych piłkarzy! Z kolei drużyna z
mojego podwórka nazywała się „FC REW 42”. Jej nazwa pochodziła od ulicy
Rewolucji, na której mieszkałem. Od zawsze chciałem zostać piłkarzem.
Ale nikt w moim dzieciństwie nie sądził, że to marzenie kiedyś się
spełni.Rodzice cieszyli się jedynie, że gram w piłkę zamiast zajmować
się głupotami. W późniejszym czasie narodziła się moja druga pasja:
motory. Mój znajomy z podwórka miał piękną motorynkę. Wszyscy
czekaliśmy, żeby się na niej przejechać. Wtedy pomyślałem sobie, że
fajnie byłoby mieć taką w przyszłości. Poza kopaniem piłki, graliśmy z
braćmi i kolegami w gry na pierwszych komputerach: ATARI i Commodore. I
to do późna w nocy! Ponadto uwielbialiśmy nocne wyjazdy na grzyby z
tatą i wujem. W szkole moimi ulubionymi przedmiotami były: fizyka,
chemia i w-f, rzecz jasna.
ŁKS
Na pierwszy trening do ŁKS zaprowadził mnie najstarszy brat, Jarek,
który też chciał zostać piłkarzem. Miałem wtedy tylko 7 lat, ale bardzo
mi się spodobało. Zapisano mnie do rocznika ‘77, dlatego, że nie
prowadzono naboru z mojego ‘78. Brałem przykład z ojca, który sumiennie
trenował w ŁKS, na pozycji bramkarza. Chociaż jego kariera skończyła
się na juniorach. Ja chciałem pójść krok dalej. Radziłem sobie nieźle,
nie widać było różnicy pomiędzy mną, a starszymi kolegami. Już w
pierwszych latach traktowałem grę w piłkę bardzo poważnie, nie tracąc
przy tym ogromnej przyjemności, jaką mi ona dawała. W łódzkim klubie
stawiałem pierwsze kroki, zdobywałem pierwsze doświadczenia w piłce. To
tam po raz pierwszy poczułem jak smakuje zwycięstwo, czy porażka, a w
późniejszym czasie także mistrzostwo Polski. Atmosfera w klubie była
świetna, nigdy się nie nudziliśmy! Ze ś.p. trenerem Jezierskim było
bardzo wesoło, podobnie jak z Ryszardem Polakiem, czy Markiem Dziubą.
Feyenoord
W bardzo młodym wieku zdecydowałem się na wyjazd do Feyenoordu
Rotterdam. Pobyt w tym klubie wiele mnie nauczył. Nie tylko jako
piłkarza, ale także człowieka. Po roku przeniosłem się do HSV, skąd
zapamiętałem makabryczne spotkanie z Feliksem Magathem. To największy
kat w Niemczech! Jego bardzo ciężkie treningi musiałem przeżywać już w
wieku 17 lat.
ŁKS - powrót
W 1997 roku wróciłem do ŁKS. W drużynie sporo się zmieniło. Niektórzy
starzy znajomi zmienili już barwy klubowe, a na ich miejsce przyszli
nowi. Czułem się jednak w tej drużynie równie dobrze, jak przedtem.
Najważniejsze, że znów byłem u siebie. Zdobyliśmy mistrzostwo Polski, a
ja chciałem jak najwięcej grać i strzelać wiele goli. Gdyby nie wypadek
na motorze, mógłbym zdobyć ich jeszcze więcej. Liczyłem na to, że
szybko dojdę do siebie. W klubie obiecano mi pomoc przy załatwieniu
operacji w Niemczech, ale później nie zrobiono nic w tej sprawie.
Skomplikowany zabieg przeszedłem więc najpierw w Łodzi. A dzięki pomocy
ówczesnego menedżera, Tomasa Krotha oraz Henia Stefańskiego potem także
w kraju zachodnich sąsiadów.
Orlen i Odra
Moim następnym przystankiem w karierze był Orlen Płock. Wielka pomyłka!
Atmosfera w klubie była fatalna, przez co ciężko było rozwijać tam
umiejętności. Fajne wspomnienia mam natomiast z Wodzisławia. Dobrze
wspominam pana Edwarda Sochę, który podał mi rękę w trudnym dla mnie
okresie. Świetnie współpracowało mi się też z trenerem Ryszardem
Wieczorkiem.
Legia
Wkrótce przyszła oferta z Legii Warszawa. Decyzja o przenosinach do
stolicy była błyskawiczna. Tam nastąpił zwrot w karierze o 180 stopni.
Wszystko zaczęło się od nowa po niezbyt udanym pobycie w Orlenie i
krótkim epizodzie w Odrze. W Warszawie na nowo odzyskałem wiarę w
siebie i rozwinąłem skrzydła. Ale nie było łatwo, szczególnie za czasów
trenera Dragomira Okuki. Co ciekawe, najlepszy sezon w życiu rozegrałem
właśnie w Legii za trenera Dariusza Kubickiego. Życie w stolicy
mieliśmy poukładane.
Vitoria
Ale gdy pojawiła się propozycja z Vitorii Guimaraes, długo się nie
zastanawiałem. Kierowała mną chęć zdobycia nowych doświadczeń,
wyznaczenia nowych celów. „Portugalia” brzmiała dość egzotycznie, ale
wspólnie z żoną zadecydowaliśmy, że warto spróbować. Była to dla nas
wielka niewiadoma. Portugalska liga to nie był szczyt moich marzeń.
Chciałem grać w Anglii, czy Niemczech. Ale zaryzykowaliśmy. W Legii
byłem już trzy lata i potrzebowałem jakiejś zmiany. A jak się potem
okazało, była to trafiona decyzja. Chyba nawet najlepsza w moim życiu,
jeśli chodzi o karierę piłkarską. Strzeliłem tam 16 bramek, a od
kibiców Vitorii nadal otrzymuję listy z prośbą o powrót. W Guimaraes
zawarliśmy kilka przyjaźni, było super. Warto było wyjechać do tego
klubu.
Troyes
Pewnego dnia przyszła oferta z pierwszej ligi francuskiej, a
konkretnie z Troyes. Pomyślałem, że w tym małym klubie będę miał pewną
pozycję, a jednocześnie szansę na grę w jeszcze silniejszej lidze.
Byłem tam najdroższym zawodnikiem. Troyes okazało się jednak dla mnie
porażką. Wielkie plany zamieniły się w zimny prysznic. Trener wyraźnie
powiedział mi, że nie mam szans na grę i mogę szukać nowego pracodawcy.
Z tamtego okresu pozostał mi duży niedosyt i chęć pokazania, że
potrafię strzelać gole.
FC Southampton
Miałem kilka ofert, ale zdecydowałem się na przenosiny do FC
Southampton. Moim marzeniem było zagrać w lidze angielskiej. I chociaż
klub ten gra w The Championship, to jestem bardzo zadowolony, że tu
trafiłem. Najpierw byłem tylko wypożyczony, ale przekonałem do siebie
trenera i klubowych działaczy. Na tyle, że zdecydowali się na transfer
definitywny. Po przejściach w Troyes, byłem niezmiernie szczęśliwy, że
mogę znów grać i strzelać bramki. Jestem oczarowany poziomem tej ligi.
Przyzwyczaiłem się już do angielskiego stylu życia, chociaż coraz bardziej tęsknię za rodzinną Łodzią.
Southampton to był dobry wybór. Mimo różnych problemów, jakoś sobie
radzę. Jestem bardzo zadowolony, właśnie tak wyobrażałem sobie świat
piłki angielskiej. Niczego nam tu nie brakuje.